Najpopularniejszą plotką o przyczynie katastrofy w Smoleńsku może okazać się wersja głosząca, że to sam L. Kaczyński nakazał pilotom lądowanie ignorując przeciwwskazania, a w konsekwencji doprowadzając do wypadku.
Przez lata spora część mediów prosto i nieskomplikowanie tłumaczyła, że Kaczyński jest po prostu głupi, zły, a przede wszystkim śmieszny. Po katastrofie nagle te same media, ci sami dziennikarze prezentują L. Kaczyńskiego w zupełnie innym świetle. W sposób naturalny u wielu osób pojawia się pewnie dysonans poznawczy, co samo w sobie nie jest przyjemne. Natychmiast przychodzi dążenie do rozładowania tego stanu i teoria Kaczyńskiego wymuszającego groźbą na pilotach lądowanie stanowi całkiem niezłe ukojenie, czyli tzw. redukcję.
Czy można jeszcze coś mówić o moralności, uczciwości, rzetelności? Czy raczej mamy do czynienia tylko z nieopatrznie wywołanymi demonami nad którymi już dawno nikt już nie panuje?



Proszę zobaczyć co napisałem w komentarzu u Łażącego Łazarza:
(...)
Potrzebny jest narodowy zryw, wszystkich ludzi którzy szanowali Lecha Kaczyńskiego, ponieważ cały ten narodowy dorobek ostatnich dni, w postaci wielkiego zjednoczenia w kościołach i w miejscach żałoby już jest ze wszystkich stron minowany.
Zasiane w TVN, przez hienę ludzką Tomasza Szulca w dzień tragedii sugestie, że to prezydent i jego otoczenie są winni tej tragedii, przez nacisk na pilota, kiełkują już w wielu głowach.
Zwłaszcza że te sugestie są antidotum na dysonans poznawczy, jaki nienawistnicy Lecha Kaczyńskiego doznali śledząc reakcję polskiego narodu, na tą tragedię
Pozdrawiam